|
Archiwum
Zakładki:
|
czwartek, 21 kwietnia 2011
Zbuntowany dwulatek
Jakiś czas już minął od drugich urodzin Maleństwa L., ale dopiero teraz wychodzimy z wczesnowiosennych chorób. A więc zbuntowany dwulatek: - nie mówi ani słowa (chociaż potrafi "mama"), ale świetnie się z całym światem komunikuje za pomocą gestów, minek i różnych dziwnych dźwięków - na każde pytanie odpowiada "yy", co oczywiście oznacza "nie" - za nic w świecie nie zrobi czegoś na co nie ma ochoty, trzeba go wtedy na siłę targać, a on właśnie wtedy na znak bardzo silnego buntu flaczeje i staje się dwa razy cięższy - potrafi się zbuntować na środku ulicy i położyć się tamże, zamknąć oczy i udawać, że jego tam nie ma i to nie do niego mama mówi, że ma natychmiast wstać i iść do domu - uwielbia uciekać przy przebieraniu, zwłaszcza gdy jest całkiem goły i nie interesuje go, że po domu kręcą się monterzy w liczbie dwóch naprawiający kanalizację - z radością prezentuje swoje ciałko Poza tym jest kochanym, grzecznym, małym chłopczykiem o ogromnym wdzięku i jeszcze większej słodziaskowatości. A od września będzie przedszkolakiem!
poniedziałek, 07 lutego 2011
Dowcip roku!
Oj, dużo czasu minęło! Okazja powrotu jest... bardzo śmieszna. Postanowiłam wprowadzić Malucha T. w świat kawałów. W niedzielę opowiedziałam mu nieśmiertelny kawał o dwóch agrafkach, co to idą przez pustynię i jedna mówi: "Ale mi gorąco!", a druga do niej: "To się rozepnij!" Ha, ha, ha! Opowiedziałam kawał i nic, cisza. Wytłumaczyłam o co chodzi, dlaczego to jest śmieszne. Po czym musiałam powtórzyć cały kawał chyba z pięć razy. Teraz na koniec następował gromki wybuch śmiechu. Tego samego dnia przychodzi do mnie mój synek i mówi, że chce mi opowiedzieć bardzo śmieszny kawał: Idą trzy niedźwiedzie przez pustynię. Jeden mówi do drugiego: - Ale gorąco! A trzeci do tego pierwszego: - To zdejmij futro!!! Przyznajcie sami, uśmiechnęliście się na końcu! Czyż pomysłowość i inteligencja małych istot nie jest powalająca!
niedziela, 05 września 2010
Powrót do pracy
Po prawie dwóch latach nadszedł ten dzień! Obawy były ogromne, bo nie dosyć, że Maluch T. wracał po wakacjach do przedszkola, a Maleństwo L. rozpoczynało swoją karierę żłobkowicza, to jeszcze ja zmieniłam pracę i musiałam rozpracować wszystko od nowa. Pierwszy tydzień za mną (chłopaki zaczęli adaptację już w połowie sierpnia, żeby Mamuśka mogła już ze spokojną głową i sercem iść do pracy) i jak na razie wszystko wskazuje na to, że była to zmiana na lepsze. Pierwszy tydzień w żłobku i przedszkolu był ciężki, bo obaj płakali przy rozstaniu z mamą. Teraz jest za to super. Odprowadzam chłopaków do drzwi, robią mi "pa, pa" i pędzą do swoich zabawek. Powitanie mamy przy odbieraniu jest jeszcze wspanialsze, bo pędzą, żeby się jak najszybciej do mnie przytulić, co kończy się tym, że często się wywalamy na podłogę. Panie patrzą na nas z uśmiechem:) Potem wracamy do domku, bawimy się, czytamy, sprzątamy - w pewien sposób mój powrót do pracy nadał nową jakość naszym dniom i wbrew pozorom mam teraz więcej czasu dla chłopców. A moja praca? Jest fajnie, bezstresowo i nikt nikomu nie patrzy na ręce w poszukiwaniu sensacji. i mam nadzieję, że tak zostanie. Na dodatek blisko domku:)
środa, 11 sierpnia 2010
Pierwsze życiowe rozczarowanie
Malucha T. zafascynowały ostatnio bajki, w których dzieci robią coś wyjątkowego. Taki na przykład Michael, co to ma niezwykły talent i jest małym odkrywcą, potrafi narysować coś na kartce, a potem to z tej kartki wyskakuje i jest naprawdę. Z kolei w Cliffordzie jeden chłopczyk ma różdżkę i mówiąc "alakar zig zaa" również dokonuje czarów. Nasz sprytny synek też tak chciał. Zapalił się do tego niesamowicie!!! Nawijał o tym całe popołudnie i z wrażenia, że następnego dnia zrobimy różdżkę nie mógł zasnąć! Tatusiek próbował go przygotować jakoś delikatnie, że to będzie tylko zabawa. Maluch T. nie dał się przekonać i zasnął pewny, że następnego dnia narysuje ciuchcię, machnie różdżką i ciuchcia z tej kartki wyskoczy. Rano wyjątkowo szybko się ubrał i zjadł śniadanie. Przygotowaliśmy różdżkę owijając kopystkę folią aluminiową. Rysunek został przygotowany, machnięcie różdżką wykonane, ale nic się wydarzyło. Prób było kilka, ale niestety skończyło się łzami i na nic nie pomogły tłumaczenia, że przecież smoki i krasnoludki też są tylko w bajkach, że to tylko tak "nanibowo" można się bawić. Łzy lały się potokiem :( Aż się boję co będzie, gdy Maluch T. dowie się, że Gwiazdorek nie istnieje:)
poniedziałek, 09 sierpnia 2010
Dorosłe krzesło, czyli 4 urodziny Malucha T.
Kiedy to minęło? Pojęcia nie mam! Na dwa dni przed swoimi urodzinami Maluch T. zaproponował, że chciałby już siedzieć na dorosłym krześle. Spróbowaliśmy i udało się! Podwyższone krzesełko poszło w odstawkę. W dniu urodzin poszłam odebrać tort, a z samego rana Maluch T. dostał od nas oczywiście prezent, który pochłonął go całkowicie. Od urodzin minęło już trochę czasu, a nasz synek nadal każdy dzień rozpoczyna, spędza i kończy bawiąc się małymi klockami Lego: buduje, przerabia, wymyśla z ogromnym zapałem i cierpliwością - widać od razu, że dziecko inżyniera :) Gości było dużo, torcik pyszny, świeczki udało się zdmuchnąć. Tradycyjnie były też balony! Naprawdę bardzo, bardzo trudno mi uwierzyć, że za 2 lata moje dziecko pójdzie do szkoły! Nieeeeeeee!!!
środa, 14 lipca 2010
Wakacje!
Było super! Jak zwykle nawiedziliśmy nasz ukochany Łagów i naszą ulubioną "Chatę pod lasem". Tym razem mieszkaliśmy w apartamencie - a co! Było gorąco i kąpiele były wspaniałe - Maleństwo L. okazało się prawdziwą rybką i z wody by najchętniej nie wcyhodziło. Maluch T. natomiast pływać nie chciał, ale miałł bardzo ważne zadanie do wykonania - przelewanie konewką wody z brzegu na głębię z pomostu - i frajdę przy tym ogromną! Do wodnych szaleństw mieliśmy też ogromnego, dmuchanego żółwia - prezent od babci i dziadka, który za nic nie chciał zmieścić się w bagażniku, więc wywoływaliśmy furorę jeżdżąc z żółwiem przywiązanym do dachu! Było też wakacyjne obżarstwo - pizze, omlety, gofry, frytki itp. A najważniejsze było to, że mamy wspaniałych chłopaków wyjazdowych - grzecznych i wesołych! A hitem okazała się pożyczona bajeczka "Ballada o grzecznym rycerzu" Za górą wielką, stromą w czasach niezmiernie dawnych żył pewien mężny rycerz ze swej grzeczności sławny. Grzecznie rozmawiał z każdym słów brzydkich nie używał mile widzianym gościem na zamku króla bywał... A nie opodal zamku – jak głoszą dzieje stare – smok, groźny i podstępny, w górach miał swą pieczarę. Gdy noc zapadła czarna, z jamy wyłaził skrycie i swoim zachowaniem zatruwał ludziom życie. Król z gniewu brodę targał i – jak to często bywa – temu, kto zgładzi smoka, córkę swą obiecywał. Niejeden tam już śmiałek konno i z mieczem w dłoni z okrzykiem – Giń, poczwaro! – do smoczej jamy gonił. Lecz smok tak ogniem ziajał i ryczał tak donośnie, że każdy – choć odważny – umykał, gdzie pieprz rośnie! Wreszcie rzekł rycerz grzeczny: - Ja pójdę, proszę króla! Ten smok coś tu za długo bezkarnie sobie hula! Poszedł. Przy smoczej jamie przystanął w pełnej zbroi i palcem – puk! puk! – w skałę zapukał jak przystoi. - Przepraszam, że przeszkadzam – lecz to poważna sprawa... Chciałbym z szanownym panem, poważnie porozmawiać. Smok zdębiał! Już rycerzy przepłoszył stąd niemało ... Teraz nie pisnął słowa. Po prostu go zatkało! A rycerz mówił dalej: - Zwykle unikam bójek, ale się pan niestety, okropnie zachowuje! Niestety, ogniem zionie, niestety, owce dusi, więc w skórę pan, niestety, ode mnie dostać musi! Mam pana kolnąć mieczem?Czy kopią? Jak pan woli? Ale uprzedzam z góry, że to okropnie boli. Więc może by pan jednak stąd dobrowolnie poszedł. Niechże się pan namyśli, uprzejmie pana proszę ... Smok tylko okiem łypnął, podumał jeszcze chwilę i sapnął – Chyba pójdę, gdy mnie tak prosisz mile ... Chociaż owieczek tłustych spora tu jest gromada, lecz gdy ktoś grzecznie prosi, odmówić nie wypada. - Pa! Żegnam! – machnął łapą, ukradkiem łzę starł z oka, rozwinął smocze skrzydła, i ... zniknął gdzieś w obłokach. Król z córką na zwycięzcę już czekał na tarasie. I weselisko huczne wyprawił w krótkim czasie.
Zwłaszcza ten wytłuszczony fragment się Maluchowi T. spodobał! Szczegóły wyjazdu w specjalnie prowadzonym dzienniku! Ja chcę nad jezioro!!!!!!!!!
poniedziałek, 28 czerwca 2010
Postrzyżyny
Maleństwo L. na miejscu łysinki niemowlęcej, czyli placka wytartego od leżenia wyhodowało sobie niezłą burzę loczków, które w upalne dni zwijały się w rozkoszne dzidziusiowe spiralki. Tatusiek już od dawna namawiał na obcięcie i wymodelowanie prwdziwie "męskiej" fryzury. Serce mamuśki było jednak za loczkami. Zwyciężyło podejście praktyczne, czyli trwające upały i mający nastąpić wyjazd na wakacje. Aby więc ulżyć spoconej główce, w sobotę 26 czerwca odbyły się rytualne postrzyżyny. Obiekt naszych zabiegów zasiadł wygodnie na stołeczku przed lustrem i zbajerowany przez mamuśkę i zagadywany przez tatuśka łatwo poddał się moim wprawnym rękom. Teraz mamy w domu prawdziwego chłopczyka i jeszcze jeden pukiel włosków przechowywany na pamiątkę. O tym jak Maleństwo L. staje się coraz bardziej samodzielne
Żarłoczne Maleństwo L. już od bardzo dawna zajada samo pokarmy stałe, typu obiadek, owoce, ciasteczka. Kaszką jednak był karmiony i nadstawiał dziobka jak mały pisklaczek. Któregoś dnia mamuśka wezwana pilnie na drugi koniec stołu do Malucha T. celem wytarcia obsmarkanego noska nieopatrznie lub podświadomie celowo (któż to wie?) zostawiła miseczkę z kaszką i łyżeczkę w zasięgu łapek Maleństwa L. I cóż ujrzała, gdy już się do Maleństwa odwróciła? Zachwyconą minkę swojego synka i wylizaną do czysta miseczkę! Od tego czasu Maleństwo L. wcina kaszkę sam, a Mamuśka nie musi już uruchamiać trzeciej i czwartej ręki, żeby naszykować kolację swoim synkom i samej zjeść. Może natomiast delektując się kolacyjką patrzeć jak Maleństwo L. i Maluch T. pałaszują z radością! I znowu Dzień Taty
Minął rok pełen wrażeń od pierwszego wpisu na tym blogu. W ciągu tego czasu zmieniło się przede wszystkim to, że tym razem przygotowaliśmy dwie laurki - Maluch T. zdecydował, że będzie to piękna lokomotywa w kolorze (zdobyta niedawno umiejętność używania kilku kolorów zamiast jednego) i własnoręcznie podpisana Dla Taty. Maleństwo L. natomiast dostało kartkę do przygotowania laurki i z wielką pasją i skupieniem maźnęło kilka kolorowych kresek. Wizję swojej pracy miał bardzo wyraźnie przemyślaną, bo za nic nie chciał się dać namówić na dorysowanie jeszcze czegoś. Gdy już wypatrzyliśmy tatę przez balkon, każdy wziął swoje dzieło w łapkę i wyczekiwał na tatę na klatce schodowej, po czym nastąpiło przekazanie prezentów (w przypadku Maleństwa L. nieco wymuszone, bo nie bardzo chciał się rozstać ze swoją laurką - trudno się dziwić, takie dzieło może się już nie powtórzyć) i złożenie życzeń przez Malucha T. Jedna laurka zdobi lodówkę, a druga półkę w naszej sypialni i razem z Tatuśkiem bardzo lubimy na nie patrzeć. Proszę bardzo, wrzuć do pudła!
Nasze dzieci zaczynają współdziałać! Oznacza to, że zaczynają się również pierwsze i okraszone dzikimi wrzaskami obojga bijatyki. Pewnego wieczora byliśmy jednak swiadkami zupełnie innego współdziałania (oby jak najczęściej). Chłopaki zgromadzili się wokół pustego pudła na autka, podczas gdy jego zawartość walała się dookoła. Maluch T. przez nikogo nie zachęcany włączył Maleństwo L. do sprzątania. Podawał mu każde autko z osobna i mówił: "Proszę bardzo, wrzuć do pudła!". A Maleństwo L. posłusznie wrzucało! Podziwiam cierpliwość jednego i drugiego, gdyż autek posiadają milion pięćset sto dziewięćset i dosyć długo to trwało. Mamuśka w tym czasie po raz pierwszy (!) w spokoju przygotowała kolację - bez głodomorów siedzących przy stole i popędzających (każdy na swój sposób). Niestety jak na razie w takie sprzątanie udało się ich wkręcić jeszcze tylko raz, ale dobre i takie początki! |